Kultura

Zmarł Val Kilmer, gwiazdor „Top Gun” i „Gorączki”. Wybitnie zdolny i tak samo trudny

5 minut czytania
Dodaj do schowka
Usuń ze schowka
Wyślij emailem
Parametry czytania
Drukuj
Val Kilmer miał 65 lat. Val Kilmer miał 65 lat. Rebecca Naden / Forum
Szczyt popularności przeżył w latach 90., ale nie chciał się zgodzić na aktorską emeryturę. O jego trudnym charakterze mówiono w Hollywood otwarcie.

Ostatnia rola Vala Kilmera okazała się jego pięknym pożegnaniem z kinem. W 2022 r. na chwilę pojawił się na ekranie w „Top Gun: Maverick”, sequelu wielkiego przeboju z lat 80. Zagrał w jednej scenie z Tomem Cruise’em, przez chwilę znów byli Maverickiem i Icemanem, rywalami i przyjaciółmi z jednej drużyny.

Kilmer był już wtedy wymęczony ciężką chorobą. Kilka lat wcześniej zdiagnozowano u niego raka gardła, któremu długo zaprzeczał – był gorliwym członkiem Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki, wyznania, które nie uznaje żadnych metod leczenia farmaceutycznego i operacyjnego. Ostatecznie wbrew swoim religijnym przekonaniom zdecydował się zaufać lekarzom. Przeszedł chemioterapię, radioterapię i dwa zabiegi tracheotomii, z których skutkami zmagał się do końca życia. Na długi czas stracił głos, nigdy go w pełni nie odzyskał. W „Mavericku” można go było usłyszeć po raz ostatni na wielkim ekranie.

Val Kilmer zmarł 1 kwietnia na zapalenie płuc. Miał 65 lat.

Czytaj też: Sekretne życie Richarda Chamberlaina. W latach 80. gościł w każdym polskim domu

Awanturnik o wielkim talencie

O jego trudnym charakterze mówiono w Hollywood otwarcie. Podobno na planie bywał kłótliwy, niechętnie dostosowywał się do wymogów reżyserskich, nie nawiązywał towarzyskich relacji z innymi aktorami. Michael Biehn, który grał z nim w westernie „Tombstone”, w rozmowie z „Hollywood Reporterem” opowiadał, że nie ma pojęcia, jak to jest grać z Kilmerem: „Nigdy go nie poznałem. Znałem Doca Hollidaya (czyli postać, którą grał Val Kilmer – red.), ale nie znałem Kilmera”. Z drugiej strony dał się poznać jako aktywista walczący o ochronę środowiska i prawa rdzennych Amerykanów, angażował się w działania charytatywne, zbierając fundusze na rzecz ludzi poszkodowanych w czasie katastrof naturalnych. Przede wszystkim jednak był znakomitym aktorem, choć wiele filmów, w których wystąpił, zostało docenionych dopiero po latach.

Urodził się w 1959 r. w Los Angeles, ale aktorstwo studiował w Nowym Jorku, na wydziale dramatycznym Juilliard School. Grywał na scenach offbroadwayowskich, występował w reklamach, lecz już na samym początku kariery dostał szansę, którą wykorzystał znakomicie – dostał główną rolę w absurdalnej komedii „Ściśle tajne!” (1984) Jima Abrahamsa, Davida Zuckera i Jerry’ego Zuckera, gdzie zagrał piosenkarza wplątanego w szpiegowską aferę w NRD. I choć film okazał się umiarkowanym sukcesem – po latach doczekał się natomiast zasłużonego statusu dzieła kultowego – kariera Kilmera nabrała rozpędu. Dopisywał do życiorysu kolejne wielkie hity: brawurowy „Top Gun” Tony’ego Scotta, mroczne fantasy „Willow” Rona Howarda, „The Doors” Olivera Stone’a, gdzie zagrał Jima Morrisona i (na ekranie, bo już nie na wydanym na płycie soundtracku) sam śpiewał piosenki Doorsów.

W latach 90. należał do hollywoodzkiej czołówki i to był najlepszy czas w jego karierze. Zdarzały się wtopy (jak niepotrzebna kinowa wersja serialu „Święty”), lecz dominowały ważne role. Od wyrazistych epizodów (jak w „Prawdziwym romansie” Tony’ego Scotta), poprzez charakterystyczne występy drugoplanowe („Tombstone” George’a P. Cosmatosa, gdzie zagrał schorowanego hazardzistę i rewolwerowca Doca Hollidaya), po interesujące, choć docenione dopiero z czasem role główne, jak ta w „Batman Forever” Joela Schumachera. Widzowie początkowo odrzucili Kilmera jako superbohatera, bo nie mogli się pogodzić z tym, że zastąpił w tej roli Michaela Keatona. Dziś łatwiej docenić rolę Kilmera i jego próbę nadania Batmanowi nieco innego charakteru.

Czytaj też: Jan Englert dla „Polityki”: Już nie ma Polski. Przynajmniej takiej, o jakiej myśli PiS

Do końca się nie poddawał

Największym osiągnięciem aktora z lat 90. pozostaje jednak „Gorączka” Michaela Manna, arcydramat kryminalny, gdzie Kilmer zagrał u boku największych: Ala Pacino i Roberta De Niro. Zapytany przez fana o doświadczenia z realizacji filmu, odpowiedział: „Widziałem Boba chichoczącego jak uczennica w samochodzie, choć mieliśmy być cicho, bo na zewnątrz trwały zdjęcia. Al Pacino przytulił mnie, jakby był moim starszym bratem. Mogłem pocałować Ashley Judd. Czasami mieszkałem w domu Michaela Manna. Wystąpiłem w jednym z największych filmów sensacyjnych w historii kina. Co za honor! Bezcenne doświadczenie”.

Choć w kolejnych latach grywał coraz więcej, coraz częściej trafiały mu się role w drugorzędnych filmach. Wciąż jednak mógł dopisywać do swojej listy osiągnięć tytuły nieprzeciętne: „Pollock” Eda Harrisa, „Spartan” Davida Mameta, „Zły porucznik” Wernera Herzoga. Większość produkcji, w których wystąpił już w XXI w., trafiała jednak bezpośrednio na rynek VOD.

Choroba i uciążliwa terapia zatrzymały na kilka lat jego karierę, nigdy potem nie miał już szansy wrócić na ekrany na pełną skalę, choć wciąż nie chciał decydować się na aktorską emeryturę. W 2021 r. pojawił się w świetnym dokumencie „Val”, w znacznej mierze złożonym z prywatnych, nigdy wcześniej publicznie niepokazywanych nagrań. Rozliczał się ze swoją karierą, doświadczeniami, życiem prywatnym (narrację nagrał jego syn, aktor Jack Kilmer). „Wobec niektórych ludzi zachowywałem się dziwnie. Niczemu nie zaprzeczam, ale i niczego nie żałuję, bo dzięki temu utraciłem i odnalazłem części siebie, z których istnienia nie zdawałem sobie sprawy” – mówił.

W rozmowie z „New York Timesem” w 2020 r. mówił, że nie boi się umierania – w doktrynie Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki śmierć nie istnieje jako zjawisko fizyczne. Gdy człowiek umiera, po prostu żyjący przestają go postrzegać swoimi zmysłami. „Ktoś przychodzi i mówi ci, że masz tylko cztery miesiące życia. Ale czas to ludzki wymysł. W koncepcji Boga nie ma czasu” – tłumaczył.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Nauka

Patologie psychobiznesu, czyli jak celebryci z sieci „kształcą” terapeutów. Tu chodzi o kasę

Od dziesięcioleci trwają znojne prace nad ustawą dotyczącą usług psychoterapeutycznych w Polsce. Dlaczego się nie udaje? Bo chodzi o pieniądze.

Wojciech Kulesza
05.04.2025
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną