Kraj

Profesura sędzi Manowskiej maszeruje w siną dal. Zaryzykowała i naje się wstydu

4 minuty czytania
Dodaj do schowka
Usuń ze schowka
Wyślij emailem
Parametry czytania
Drukuj
Pierwsza prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Manowska Pierwsza prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Manowska Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl
Nad Małgorzatą Manowską zawisły czarne chmury. Ma całą serię spraw w prokuraturze, przed izbą dyscyplinarną SN i sądem cywilnym, a profesury na pocieszenie raczej nie będzie.

Jak poinformował nas Artur Woźniak, kierownik Działu Prawnego Biura Rady Doskonałości Naukowej, na posiedzeniu prezydium RDN zapadła decyzja (przy sześciu głosach za, sześciu przeciw i dwóch wstrzymujących się) odmawiająca wystąpienia do prezydenta z wnioskiem o nadanie Małgorzacie Manowskiej tytułu profesora nauk społecznych w dyscyplinie „nauki prawne”. Sprawę opisywali Ewa Ivanova z „Gazety Wyborczej” i Mariusz Jałoszewski z OKO.press.

Wkrótce pierwsza prezes Sądu Najwyższego otrzyma tę decyzję na piśmie. Będzie ją mogła zaskarżyć do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie bądź też złożyć odwołanie. Na ewentualne odwołanie ma trzy miesiące. Jeśli RDN takowe otrzyma, powoła jeszcze dwoje recenzentów i na podstawie ich opinii wyda ostateczny werdykt.

Szanse na skuteczność odwołania, a także na wygranie sprawy w sądzie i pomyślne dla siebie jej zakończenie w RDN, sędzia Manowska ma niewielkie, a to dlatego, że aż dwie recenzje spośród pięciu, jakie przygotowano w przewodzie profesorskim, są negatywne. Z jedną negatywną ma się jeszcze spore szanse, z dwiema szanse są iluzoryczne.

Manowska naje się wstydu

Małgorzata Manowska zapewne w końcu nie otrzyma tytułu profesora. Co więcej, naje się wstydu, bo doktor habilitowany z dwiema negatywnymi recenzjami (w tym jedną zawierającą zarzut autoplagiatu) to status istotnie gorszy niż zwykły doktor habilitowany bez historii porażek w staraniu się o naukowy awans.

Czemu więc, mając skromny dorobek, Manowska ryzykowała utratę pozycji? Czy nie wystarczyło jej, że doszła do najwyższego stanowiska w polskim sądownictwie? Cóż, prezesem SN się bywa, a profesorem tytularnym jest się do końca życia. W korporacji prawniczej, podobnie jak w medycznej, z tytułem profesora wiąże się znaczny prestiż. Taki tytuł wręcz „klei się” do nazwiska i osoby, tak jak nieoddzielna od nazwiska staje się porażka w staraniu o niego. Jeśli więc Małgorzata Manowska tytułu nie otrzyma, to będzie – nieformalnie, czyli na gruncie towarzyskim i środowiskowym – „nie-profesorem doktorem habilitowanym”. Pozycja zdecydowanie nie do pozazdroszczenia, zwłaszcza po zakończeniu kadencji na stanowisku prezesa SN.

Nawet przy najkorzystniejszym dla siebie rozwoju sytuacji Manowska nie zdąży już otrzymać tytułu z rąk swojego bliskiego znajomego Andrzeja Dudy. A bardzo jej się spieszyło, by zdążyć przez końcem jego kadencji. Zupełnie niepotrzebnie! Podpis prezydenta jest czystą formalnością, wynikającą z urzędniczego obowiązku. Jedynie Andrzej Duda tego nie rozumie, wyobrażając sobie, że to faktycznie on, wedle własnej woli i uznania, „obdarza” naukowców tytułami profesorskimi. Dlatego uparcie nie nadaje go Michałowi Bilewiczowi, który zajmuje się m.in. antysemityzmem. Bo jakże by to wyglądało, gdyby polski prezydent uczynił profesorem kogoś, kto śmie pisać, że pośród niepokalanego i bohaterskiego narodu byli antysemici i krzywdziciele Żydów!

Na szczęście poprzedni prezydenci rozumieli, co jest ich obowiązkiem urzędowym, a co prerogatywą, którą mogą wykonywać wedle woli. Trzeba uznać za bardzo mało prawdopodobne, że Rafał Trzaskowski – gdyby został prezydentem – zwlekałby z nadaniem dr hab. Małgorzacie Manowskiej tytułu profesora z tej tylko racji, że jest tzw. neosędzią, prowadzącą nader kontrowersyjną politykę sprzyjającą „neosędziom” i ogólnie interesom PiS. Gdyby RDN po przeprowadzeniu prawidłowej procedury zwróciła się do niego jako prezydenta o nadanie Mianowskiej tytułu naukowego, prawie na pewno by to uczynił. Ale cóż, sędzia Manowska i jej otoczenie mierzą Rafała Trzaskowskiego i cały obóz rządzący swoją miarą.

Czarne chmury nad prezeską Manowską

Sytuację Manowskiej pogarsza dodatkowo historia jej przewodu profesorskiego. Zespół V Nauk Społecznych, który prowadził sprawę i dla którego przygotowano recenzje (recenzentów powołuje się w drodze losowania), bardzo jednoznacznie wypowiedział się o jej dorobku. Na 31 głosujących „za” pozytywnym wnioskiem do prezydium RDN głosowało jedynie 13 członków zespołu. W praktyce tej instytucji to bardzo marny wynik. Trudno sobie wyobrazić, aby prezydium RDN miało w takiej sytuacji stanąć po stronie mniejszości i zadecydować przeciwnie.

Zresztą prezydium głosowało w sprawie Manowskiej już po raz drugi. Za pierwszym razem, 27 stycznia, głosy za przyznaniem tytułu (tj. wnioskowaniem o to do prezydenta) rozłożyły się po równo (siedem za, sześć przeciw i jeden wstrzymujący się), wobec czego uznano, że rozstrzygnięcie nie zapadło. W wyniku tego pata i za radą współpracujących z RDN prawników do sprawy powrócono na posiedzeniu 31 marca – z wynikiem tym razem jednoznacznie już negatywnym.

Gdyby teraz Manowska zwróciła się ze skargą do sądu, z pewnością nie mogłaby obwinić RDN o niestaranność czy lekceważenie jej praw. Skoro następstwa pierwszego głosowania budziły wątpliwości (czy mianowicie oznacza ono odmowę, czy może tylko brak decyzji), postanowiono rozstrzygnąć je na korzyść interesantki, dając jej jeszcze jedną szansą pozytywnego załatwienia swojej sprawy. Postępowanie RDN jest więc nie tylko bez zarzutu, ale wręcz przychylne dla osoby starającej się o tytuł profesorki.

Nad Małgorzatą Manowską zawisły czarne chmury. W związku z bardzo kontrowersyjnymi decyzjami i manewrami ma całą serię spraw w prokuraturze, przed izbą dyscyplinarną SN i przed sądem cywilnym (z powództwa sędziego Pawła Juszczyszyna). Będą się te sprawy toczyć – jak to u nas – latami, a profesury na pocieszenie zapewne nie będzie. Jak to się mówi: lepiej to już było.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kultura

Jan Englert dla „Polityki”: Już nie ma Polski. Przynajmniej takiej, o jakiej myśli PiS

Już nie ma Polski. Przynajmniej takiej, o jakiej myśli PiS. Nie robimy wszystkiego dla ojczyzny – mówi Jan Englert, aktor i reżyser, wieloletni dyrektor artystyczny Teatru Narodowego.

Janusz Wróblewski
29.03.2025
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną