Z pozoru – detal, a jednak może przesądzić i o wyglądzie, i o samopoczuciu. Biżuteria to wypróbowany przyjaciel kobiety. Jak i co dobrać, żeby nie uznano nas za obwieszoną ozdobami choinkę, a za kobietę wytworną?
Co to w ogóle jest? Czy my jesteśmy w sklepie z zabawkami? – fuka na żonę naburmuszony klient w sklepie Bijou Brigitte w warszawskiej Galerii Mokotów. I nawet nie wie, że ma dużo racji. Bo biżuteria – obojętne, czy to najszlachetniejszy diament, czy też plastikowa bransoleta w różowe grochy – to właśnie taka zabawka, która dziś powraca w wielkim stylu. Ozdobny drobiazg przestaje być ledwo widocznym dopełnieniem, dyskretnym podkreśleniem urody stroju, a staje się jego zasadniczym elementem.
– Nareszcie koniec minimalizmu, nastały czasy fantazji – tłumaczy Hanna Rochacka, właścicielka sklepu Zielony Kot. – Biżuteria, którą nosimy, opowiada o nas i naszym nastroju. Nakładam wielkie, czerwone korale i mówię: Hej! Spójrzcie na mnie, zobaczcie, jak mi wesoło!
W tym tkwi sedno sprawy, biżuteria oddaje stan ducha lub może go zmienić – bo nie ma przecież lepszego lekarstwa na chandrę niż nowy błyszczący drobiazg. Sprzedawczynie ze sklepów jubilerskich są zgodne: fantazja Polaków przy okazji kupowania prezentów dla pań szybuje na poziomie złotego łańcuszka lub pierścionka zaręczynowego. Wolą rzeczy sprawdzone niż awangardowe oraz tańsze od droższych. W kwestii biżuteryjnych wyborów polscy panowie to prawdziwa ariergarda. Ale prawda jest też taka, że trzeba dobrze poznać gust kobiety, aby wybrać dla niej właściwą zabawkę (poza diamentem, ten zawsze się spodoba).
Jaka biżuteria dziś obowiązuje?
Ta z przesłaniem. Weźmy np. Kongo – nową kolekcję ekskluzywnej firmy W. Kruk. Gdy wyda się 500 zł na naszyjnik, to w zamian, podpowiada reklama, dostaje się mistykę – róg bawoli z iskrzącymi cyrkoniami i polerowanym srebrem. Naszyjnik „pulsuje żarem Afryki”, „odbijają się w nim wierzenia afrykańskich plemion”.
Polityka
30.2004
(2462) z dnia 24.07.2004;
Społeczeństwo;
s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Korale na humor"