Na trzy miesiące przed pierwszą turą – nic, ani jednego baneru, żadnego billboardu, absolutny brak śladów kampanii. Dopiero w Krynicy dostrzegłem dwa plakaty Sławomira Mentzena, a gdzieś pod Muszyną wisi podobno jeden Rafał Trzaskowski.
Zdarta płyta trafia w gust polskiego społeczeństwa. To nie tylko wina populizmu. Wyborcom brakuje konkurencyjnych kapel, a znana melodia relaksuje po ciężkim tygodniu.
Bohaterowie drugiego planu. Także w kampanii.
W polityce rzadko coś jest po prostu dane. Są warunki do działania, mniej lub bardziej sprzyjające, i skrzynka z narzędziami, mniej lub bardziej wybrakowana. W połowie lutego warunki gwałtownie się pogorszyły.
Skala robi wrażenie. Jeśli doliczyć wizyty Nawrockiego jako prezesa IPN, to kandydat służbowo przemierzył ok. 30 państw na sześciu kontynentach. Ominął tylko Antarktydę.
Trzecie miejsce w sondażach od dłuższego czasu zajmuje Sławomir Mentzen. Wprawdzie nie jest tak, że jego wyborcy w II turze na pewno zagłosują na kandydata PiS, ale z pewnością Trzaskowski nie może liczyć na głosy większości z nich.
Oprócz Nawrockiego, Mentzen, Stanowski, Jakubiak, Braun – prawicowi kandydaci już liczbowo zdominowali prezydencką stawkę, a nie można wykluczyć, że zgłoszą się kolejni. Co to oznacza dla politycznej sceny?
W Polsce – co pokazuje badanie IBRiS dla „Polityki” – mniej istotne stają się postulaty lewicowe, dotyczące przepisów aborcyjnych, klimatu czy spraw pracowniczych. Co to znaczy dla kampanii i wyborów, wyjaśnia szef pracowni Marcin Duma.
Kampania w formacie youtube’owym i w kontrze do całej klasy politycznej może przynieść nieprzewidywalne skutki. Ostatnią rzeczą, którą powinien robić sztab Rafała Trzaskowskiego, to cieszyć się na informacje o starcie showmana.
12 nieoficjalnych kandydatów, 120 dni do wyborów, rozłamy na lewo i prawo. Kampania wystartowała i nie bierze jeńców. Politycy ruszają w trasę, a na jej szlaku pojawiają się zaskakujące postaci. Świątek, Pudzian, Zenek, kard. Ryś, Szmydt. A to dopiero początek.