Pierwotnie zaproponowane przez PiS referendum miało być „migracyjnym”. Jednak temat uchodźców najwyraźniej mało grzeje Polaków, bo pytanie o migrację będzie w końcu tylko jednym z czterech. Stosunek do niej raczej nie przesądzi o wyniku wyborów. Ale może pomóc. Po kilku latach oddechu po tzw. kryzysie migracyjnym z 2015 r. kwestia migracji znów zaczęła meblować europejską politykę.
W lipcu do dymisji podał się premier Holandii Mark Rutte, bo jego koalicjanci nie chcieli zgodzić się na zaostrzenie przepisów dotyczących łączenia rodzin imigrantów. W Szwecji rząd konserwatywnego premiera Ulfa Kristerssona pod presją skrajnej prawicy zadeklarował, że drastycznie ograniczy liczbę azylantów. W Niemczech rośnie w siłę antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec (AfD), którą popiera już 20 proc. obywateli. We Włoszech rządzi postfaszystka Giorgia Meloni, która parę lat temu obiecywała, że „nikt nie wjedzie do Włoch nielegalnie, a ci, którzy to zrobią, zostaną odesłani do domu”. Rząd brytyjski chce od razu odsyłać ubiegających się o azyl do… Rwandy i tam procedować ich wnioski.
Poczucie utraty kontroli
Podczas gdy PiS przekonuje, że Unia Europejska i kraje Zachodu chcą narzucić nam politykę otwartych drzwi i obciążyć Polskę kosztami bezwarunkowego przyjmowania imigrantów, prawda jest zupełnie inna. Nieregularna migracja wszędzie napędza strachu politykom. Jest jednym z głównych źródeł ogólnego poczucia utraty kontroli i niepewności, którym karmią się populiści. Dlatego jej ograniczenia chcą niemal wszyscy. Dotyczy to też Komisji Europejskiej, która niedawno przedstawiła zmierzający w tym celu pakt migracyjny. Przyjęła go na razie Rada Unii i wymaga on jeszcze akceptacji przez europarlament. Znajduje się w nim m.in. oprotestowany przez PiS mechanizm tzw.