Pani Iryna mieszka w Odessie, w jednej z wielu białocegłych chruszczowek. 3 marca wieczorem siedziała w swoim mieszkaniu i czekała na rosyjski desant.
– Dwie ostatnie noce był sztorm – opisuje mi. – Nie mogli wysadzić żołnierzy.
– Myśli pani, że dziś zaatakują?
– Tak. Ale niczego się nie boję.
– Nie schodzi pani do schronu?
– A skąd. Jak jest alarm przeciwlotniczy, to wchodzę do wanny i tyle.
Jest późna zima albo – według ukraińskiej interpretacji – bardzo wczesna wiosna. Bo ta w wielu poradzieckich krajach zaczyna się już z początkiem marca. Sztormowy wiatr znad Morza Czarnego huczy wśród odrapanych bloków, gnie bezlistne jeszcze drzewa za oknem bloku pani Iryny. Starsza pani lubi się artystycznie ubrać, pracuje przy imprezach kulturalnych. Jest też znaną odeską blogerką. W dzień, gdy jest spokojnie, przesyła zdjęcia z odeskich ulic zagrodzonych barykadami, czekających na atak wroga.
Odessa ucichła. Nawet miejscowy rosyjskojęzyczny portal Timer nie mruczy już prokremlowską narracją. Od 24 lutego w dziale „blogi”, w którym wcześniej co chwila można było poczytać o tym, jak to Rosja nikogo nie napadnie, bo tylko idiota może pomyśleć, że jej się to opłaca, pojawił się zaledwie jeden wpis. Nosi tytuł „Jak opanować panikę i zachować trzeźwy ogląd sytuacji” (głęboko oddychać, wziąć prysznic, poćwiczyć, zjeść czekoladę, napić się ziółek).
W Odessie, twierdzi pani Iryna, poza rosyjskim zagrożeniem i bombardowaniami jest raczej spokojnie. Ot, czasem postrzelają, ale najważniejsze życiowe sprawy można załatwić. To samo mówią Wiktor i Olena, którzy uciekli z Odessy, i których spotkałem we Lwowie: w sklepach są towary, problemy pojawiają się tylko przy płaceniu kartą.