Czy możliwy jest Bliski Wschód bez Amerykanów? To jedno z dwóch kluczowych pytań, które nurtowały obserwatorów tego regionu w 2019 r. Szybko nie wyjadą. Wciąż mają tam interesy i sojuszników, a także ponad 40 tys. żołnierzy. Ale kończący się rok był pierwszym od 2001 r., w którym Amerykanie politycznie odpuścili Bliski Wschód. Widać to było wyraźnie w Syrii. Po kilku zapowiedziach ewakuacji w październiku Amerykanie w końcu ją przeprowadzili (choć nie do końca), co dało pole do popisu Turcji, która uderzyła na Kurdów w północnej Syrii.
Drugie pytanie brzmi: czy islam jest wciąż najważniejszy? Bez wątpienia, ale nie determinuje już wszystkiego w regionie. W kilku krajach doszło w 2019 r. do buntów społecznych, w których demonstrujący identyfikowali się w ramach wspólnoty narodowej, nieco na kontrze do religii. Jesienią w Iraku i Libanie wybuchły protesty, początkowo skupione na sytuacji gospodarczej, ale później ludzie zaczęli się domagać likwidacji systemów politycznych opartych na podziałach religijnych, które tylko je pogłębiają, generując przy tym korupcję. W Iranie, gdzie kryzys gospodarczy również wyprowadził ludzi na ulice, do podobnej nacjonalizacji buntu nie doszło, bo islamska republika sama staje się coraz bardziej nacjonalistyczna.
Nie widać natomiast końca wojny w Jemenie. Posłuszeństwo międzynarodowo uznanemu rządowi wypowiedzieli południowi separatyści. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że główny zewnętrzny aktor tej wojny – Arabia Saudyjska – po całorocznych przygotowaniach zarobił właśnie krocie na publicznej sprzedaży części udziałów w swoim Orlenie, czyli Saudi Aramco.