Ona kontra oni
Kulisy zbrodni w Poznaniu. Wszyscy piszą: tragiczna love story. Ale to nieprawda
Zdjęcia z ulicy Święty Marcin w Poznaniu przedrukowały gazety od Japonii po Meksyk. Julia w białych spodniach, załamująca ręce, u jej stóp umierający Konrad, postrzelony w twarz, kawałek dalej Mikołaj, tuż przed tym, jak strzelił sobie w głowę – kadry powielano w wersji papierowej, w internecie, na filmach, blogach. W końcu w memach. Pisano: Tragiczna LOVE Story. Ale to nieprawda.
Ten, który zabił, poprzedniego wieczoru bawił się w mieście ze znajomymi. Nikt nie dostrzegł niczego niepokojącego. Choć na zdjęciach w sieci już parę dni wcześniej zobaczył pierścionek na serdecznym palcu swojej byłej dziewczyny. Zapewne przejrzał też na Instagramie serię wspólnych fotografii zakochanych. Widział ich czułość. Warszawa, Łódź, Barcelona. Tamtego dnia rano dostrzegł na zdjęciach w internecie, że przyjechali do jego rodzinnego Poznania.
Ten, który zabił, przez znajomych uważany był za złote dziecko. Skończył prawo na UAM, a wcześniej dobre, legendarne poznańskie liceum. Choć trafiali się i tacy, którzy dodawali, że nie był tak zdolny jak brat – wymieniony przez „Forbesa” jako jedno z objawień młodego pokolenia, z sukcesami, którymi można by wypełnić więcej niż jedno CV. Niektórzy mówili, że Mikołaj zadziera nosa. Miał powody. Dobre poznańskie nazwisko, dom w doskonałej dzielnicy, gdzie co drugi mieszkaniec jest dyrektorem albo profesorem. Ojciec na ważnym stanowisku w dużej firmie obsługującej polską zbrojeniówkę. Rodzice wspierający w pomysłach na to, jak się usamodzielnić, i użyczający adresu kolejnym firmom potomków, zarówno gdy latorośle próbowały zarabiać na kupowaniu maseczek w pandemii, jak i procesować się z największymi sieciami handlowymi o skradzione projekty.
Już po zbrodni niektórzy przypominają sobie jednak, że Mikołaj był chwiejny.