Rynek

Robotnicy 2012

Czy globalizacja zabije naszą pracę?

Poczucie stabilizacji, które do niedawna zapewniała praca w dużej firmie zagranicznej, staje się coraz bardziej ulotne. Poczucie stabilizacji, które do niedawna zapewniała praca w dużej firmie zagranicznej, staje się coraz bardziej ulotne. Vince Streano / Corbis
Transformacja pozbawiła pracy wielu robotników. Globalizacja coraz bardziej dusi zarobki tych, którzy jeszcze pracę mają.
Fabryka pralek Electrolux w Oławie. Kobiety stają się coraz bardziej cenionymi pracowniczkami przy montażu.Bartłomiej Sowa/Agencja Gazeta Fabryka pralek Electrolux w Oławie. Kobiety stają się coraz bardziej cenionymi pracowniczkami przy montażu.
Dyplom wyższej uczelni przestał być już przepustką do kariery, ale zdobycie uprawnień mechanika samolotowego zwiększa szansę na dobrą pracę.Jakub Orzechowski/Reporter Dyplom wyższej uczelni przestał być już przepustką do kariery, ale zdobycie uprawnień mechanika samolotowego zwiększa szansę na dobrą pracę.

Robotników w Polsce ciągle jest wielu, około dwóch milionów osób. Jest nim co czwarty zatrudniony mężczyzna, a robotnicą co piąta kobieta. To trzecia, pod względem liczebności, kategoria zawodowa w Polsce. Po specjalistach i kadrze kierowniczej. Grupa robotników, a więc osób pracujących fizycznie, jest stabilna, kurczy się o wiele wolniej, niż przewidywano przed laty. Bo choć padły stare zakłady pracy, w naszym kraju ciągle przybywa nowych fabryk, a te potrzebują rąk do pracy. Polscy robotnicy wytwarzają dla całej Europy lodówki, pralki, telewizory i klimatyzatory, a niemieckie czy japońskie marki samochodów nafaszerowane są częściami wyprodukowanymi w naszym kraju.

Związek bez zobowiązań

Klasa robotnicza się feminizuje. Wraz z restrukturyzacją przemysłu zwiększa się wśród robotników udział kobiet. Na progu transformacji trzon wielkoprzemysłowej klasy robotniczej stanowiła 450-tys. armia górników, która dziś stopniała do 130 tys. Zastąpiła ich 400-tys. armia pań z sieci wielkiego handlu. Kobiety stają się też coraz bardziej cenionymi pracowniczkami przy montażu. Są dokładne, precyzyjne, a te obarczone dziećmi – także bardziej zdeterminowane, by utrzymać zajęcie. I pracować za mniejsze wynagrodzenie niż mężczyźni.

Prof. Juliusz Gardawski, szef Katedry Socjologii Ekonomicznej w SGH, pojęcia „klasa robotnicza” używa jednak z coraz większym wahaniem. W takim znaczeniu, jak rozumiał je Marks, klasa robotnicza się rozmyła. Przestała być spójna, także wewnętrznie. Świadomość klasowa w robotnikach zanika, brakuje im też jednoznacznej identyfikacji zawodowej. To grupy, które coraz mniej łączy, a coraz więcej dzieli. W badaniu przeprowadzonym wśród pracujących robotników ponad połowa z nich na pytanie: „Czy klasa robotnicza jeszcze istnieje?”, odpowiedziała, że nie. Rozjechał ją walec nowoczesnej konkurencji.

Kiedy jeszcze istniały w Europie wielkoprzemysłowe zakłady pracy, marksowskie kategorie stosowało się łatwiej. Wiadomo było, gdzie praca, gdzie kapitał, i że ich interesy są sprzeczne. Negocjacyjną pozycję robotników wobec kapitalisty wzmacniały silne związki zawodowe. Teraz w każdej dobrze zarządzanej fabryce nie tylko kadrę kierowniczą, ale także robotników przekonuje się, że i oni, i właściciel jadą na tym samym wózku. Nie ze sobą mają więc walczyć, ale z konkurencją. Coraz częściej – chińską. O klienta, nie o podwyżki.

Robotnicy, którzy w czasach komunistycznych mieli pełnić „kierowniczą rolę w państwie”, dziś zsuwają się na coraz niższe szczeble drabiny społecznej. Ich zarobki w stosunku do innych grup stają się relatywnie coraz mniejsze, nie doganiają nawet średniej płacy krajowej. Podczas gdy liderzy rankingu, czyli „przedstawiciele władz publicznych”, cieszyli się przeciętną w wysokości 7344 zł, specjaliści – 4327 zł, to „robotnicy przemysłowi” – według GUS – zarabiali w ubiegłym roku 2772 zł brutto. O prawie 800 zł mniej niż ówczesna płaca przeciętna (wtedy – 3543 zł). Zarobki byłyby jeszcze niższe, gdyby włączyć te w handlu – 2107 zł, a także apanaże „pracowników prac prostych” – 2074 zł. Bo jednorodna kategoria „robotnicy” także w GUS od dawna już przestała istnieć. Rozpiętości w płacach tej różnorodnej grupy zawodowej są dzisiaj ogromne.

Państwo płaci robotnikom lepiej niż właściciele prywatni. Robotnicy przemysłowi w sektorze publicznym jako jedyni wystają nad kreskę – ich średnie zarobki wynoszą 3658 zł. W prywatnym są dużo gorsze (2624 zł). Czy można się dziwić, że załogi tak bardzo boją się prywatyzacji? Jaki prywatny właściciel KGHM, gdzie średnia sięga 9 tys. zł, dopuściłby do tego, aby całą premię za wysokie światowe ceny miedzi zgarniali do swojej kieszeni pracownicy? Kto pozwoliłby na ciągłe podwyżki w kopalniach, gdy jednocześnie coraz więcej węgla sprowadzamy z zagranicy?

Płacową arystokracją są też mechanicy samolotowi. W warszawskim AMS LOT, nadal kontrolowanym przez państwo, ich przeciętne zarobki wynoszą 6–8 tys. zł plus premia. A jednak marcowy strajk, jaki ogłosiły związki, był wynikiem niezadowolenia płacowego. Bo przed kilkunastoma miesiącami płace były wyższe i niektórzy mechanicy przychodzą do prezesa z rachunkiem pokazującym, jak rośnie zadłużenie firmy wobec nich. Średnio wynosi już kilkanaście tysięcy złotych i ciągle rośnie. Ludzie tracą cierpliwość. Żądają dla każdego podwyżki w wysokości 2 tys. zł. Na portalu Pracuj.pl wyczytali, że są warci więcej, ale żaden z kilkuset mechaników roboty nie rzucił. Bo tak naprawdę nie bardzo jest dokąd pójść.

Mechanicy uważają, że ich wartość rynkowa jest dużo wyższa niż zarobki. Mają bardzo wysokie kwalifikacje, potwierdzone stosownymi, międzynarodowymi uprawnieniami. Ich zdobycie wiąże się z koniecznością wyjazdu i szkolenia u producenta danego typu samolotu, za które ciągle płaci firma. Teraz mechaników wysyła się do USA, uczą się dreamlinerów. Do niedawna za zdobycie kolejnych uprawnień automatycznie należało się 5 proc. podwyżki, obecnie ta zasada już nie obowiązuje. W kasie AMS LOT jest bowiem pusto, czego związki zawodowe nie przyjmują jednak do wiadomości. Uważają, że na bezpieczeństwie pasażerów, które zależy także od mechaników, oszczędzać przecież nie można. Państwo powinno więc firmie dołożyć.

 

Strajk miał być próbą sił, ale związki ją przegrały. Nie wszyscy mechanicy zdecydowali się nie pracować. Kombinezony robocze nałożyli też inżynierowie, którzy mieli stosowne uprawnienia. Gotowość do przejęcia części klientów zgłosiła konkurencyjna firma, która obsługuje m.in. Wizzair. Pracują w niej ich byli koledzy. Janusz Krynicki, prezes AMS LOT, wyliczył, że osiągają o wiele większą wydajność. Samoloty na warszawskim Okęciu nie zostały więc uziemione. Jaki będzie dalszy scenariusz? Może podobny do tego, który rozegrał się w firmie zajmującej się obsługą bagażu i odprawą pasażerów? Z powodu żądań płacowych pracowników trzeba było ogłosić jej upadłość. Do nowej firmy przyjęto starych pracowników na gorszych warunkach płacowych. Nie miała kłopotów z naborem.

Na przeciwległym biegunie płacowym znajdują się osoby bez doświadczenia zawodowego szukające pracy za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej. Zakłady przetwórstwa spożywczego w okolicach Lublina, które stały się tzw. owocowym zagłębiem, oferują robotnikom sezonowym 1,5 tys. zł brutto. Chętni mają szansę dorobić w nadgodzinach i na nocnej zmianie, pracując po 10–12 godzin dziennie.

W przemyśle spożywczym sezonowość zatrudnienia dyktuje czas zbiorów. W innych fabrykach – koniunktura. Poziom zatrudnienia dostosowuje się do wielkości zamówień, a potrzeby klientów zmieniają się błyskawicznie. W polskich fabrykach zaczyna się upowszechniać impresaryjny system pracy. Stałe umowy rezerwuje się dla kadry kierowniczej, a robotników coraz częściej zatrudnia na jakiś czas. Na umowach czasowych zatrudnionych jest już 30 proc. Polaków. Łatwo przyjąć, łatwo zwolnić. Związek bez zobowiązań. Pracownicy odpłacają tym samym. Aż 67 proc. mających pracę dyskretnie rozgląda się za nową, lepszą.

Za miskę ryżu

Nowe fabryki wciąż przenoszone są do Polski dlatego, że koszty pracy w Niemczech, Francji czy Hiszpanii stały się zbyt wysokie dla tamtejszych pracodawców. Polacy pracują za mniej. Ale Chińczycy są jeszcze tańsi. Czy to oznacza, że polscy robotnicy wkrótce będą pracować za miskę ryżu czy może fabryki z naszego kraju przeniosą się jeszcze dalej na wschód?

Poczucie stabilizacji, które do niedawna zapewniała praca w dużej firmie zagranicznej, staje się coraz bardziej ulotne. To kolejny powód do frustracji. Jednocześnie za coraz mniej pracodawca wymaga od robotników coraz więcej. Prosty podział na „fizycznych”, czyli robotników, oraz wykwalifikowanych „umysłowych” przestał być aktualny, nie odpowiada rzeczywistości.

W polskich fabrykach Philipsa (w Pile, Pabianicach, Kętrzynie i Bielsku-Białej) zatrudnionych jest 4 tys. robotników. Nie stoją jak kiedyś przy taśmie, żeby wykonać jedną prostą czynność. Na przykład przykręcić śrubkę o pół cala w lewo. – Dzisiaj wiele prac wykonują maszyny i roboty, od pracownika produkcyjnego oczekujemy, że będzie potrafił nimi sterować. Musi je też zaprogramować, ustalić im trasę, interweniować, gdy coś idzie niezgodnie z planem – twierdzi Krzysztof Kouyoumdjian z Philipsa. Fizyczny musi być coraz bardziej umysłowy. W korporacji oczekuje się, że pracownik (słowo „robotnik” przestało być adekwatne) będzie miał umiejętność szybkiego uczenia. Na razie tu jesteśmy od Chińczyków lepsi.

W fabryce Philipsa w Pile żarówki produkowały trzy pokolenia. Obecne musi zapomnieć o stabilizacji. Jedna żarówka świeciła przez rok, więc rynek potrzebował ich dużo. Ponieważ jednak 80 proc. energii, pochłanianej przez żarówki, jest marnowana, teraz świecimy świetlówkami. Jedna wystarcza na 8–10 lat. Jeszcze bardziej energooszczędne jest oświetlenie ledowe, będziemy je zmieniać kilka razy w życiu. Popyt na ręce do pracy się kurczy. Trzeba szukać nowych rynków.

Philips wygrywa przetargi na oświetlenie nowych stadionów, np. we Wrocławiu, Poznaniu czy Krakowie. Fabryka w Pabianicach wyspecjalizowała się w żarówkach samochodowych – wyposaża już co trzecie auto na świecie. Czy to wystarczy, żeby oddalić wizję przeprowadzki do Chin. Więc Philips przenosi z Europy Zachodniej do Kętrzyna dział badań i rozwoju. Będzie potrzebował głównie inżynierów. Wszelkie udoskonalenia i prototypy, jakie wymyślą, trzeba będzie przetestować w miejscowej fabryce. Będzie praca dla najlepszych.

 

Kompetencje obecnych pracowników PZL Mielec Sikorsky nie odstają od tych, jakie mają ich koledzy w Tuluzie, gdzie powstaje Airbus. Ci, którzy zdecydowali się na wyjazd, dostawali tam pracę od ręki. W AMS LOT mechanikiem zostaje się po technikum i dwóch latach praktyki, a ostatnio coraz częściej – po politechnice. Dyplom wyższej uczelni przestał być już przepustką do kariery, ale zdobycie uprawnień mechanika samolotowego zwiększa szansę na dobrą pracę. W takich samych kombinezonach, z podobnymi kluczami w rękach, kręcą się po samolotowych kokpitach magistrowie i technicy. Robią to samo.

Klientami Katarzyny Ficek z agencji Randstad są głównie firmy z branży motoryzacyjnej w okolicach Bielska-Białej. Poszukują pracowników produkcyjnych, ale w zasadzie wyłącznie wykwalifikowanych. Już nie wystarczy zawodówka, trzeba mieć technikum albo i studia. I uprawnienia zawodowe, na przykład kierowcy wózka widłowego, elektryka, speca od automatyki. Są ważniejsze niż dyplomy. Linie produkcyjne są coraz bardziej zautomatyzowane; praca wymaga coraz wyższych umiejętności.

Armia ludzi niepotrzebnych

Tak zwany robotnik niewykwalifikowany nie ma w dzisiejszych fabrykach czego szukać. Na to, żeby nazywać go robotnikiem, brakuje mu kompetencji. Zasila szeregi bezrobotnych i szarą strefę w małych firmach polskich. Bez legalnej umowy o pracę, bez świadczeń w razie choroby, bez perspektywy na emeryturę. Kiedyś powiedzielibyśmy – lumpenproletariat. Ta armia ludzi niepotrzebnych nie maleje, utrzymuje się na poziomie 1,5 mln osób. Faluje wraz ze statystyką bezrobocia. Ciągle dołączają do niej ci, którzy rosnącym wymaganiom już nie są w stanie sprostać.

Tak jak różna jest pozycja zawodowa i usytuowanie na drabinie społecznej robotników, tak łączy ich brak szczególnego zainteresowania polityką. Im niższa pozycja, tym zainteresowanie mniejsze. W badaniu prowadzonym pod kierunkiem prof. Juliusza Gardawskiego aż 43,8 proc. robotników niewykwalifikowanych na pytanie o poglądy polityczne odpowiadało „trudno powiedzieć”. W całej, szeroko rozumianej, grupie robotników aż 30 proc. badanych zainteresowanie polityką określało jako „żadne”.

W starym badaniu CBOS z 2006 r. zadano pytanie, którego później już, niestety, nie powtarzano: „Czy wśród polskich partii politycznych jest taka, którą uważa Pan(i) za bliską sobie?”. Największa grupa respondentów – aż 45 proc. robotników wykwalifikowanych oraz 51 proc. niewykwalifikowanych – odpowiedziała: „nie ma takiej partii”.

Kilka milionów osób uważa, że ich interesy nie są reprezentowane przez żadne ugrupowanie na polskiej scenie politycznej. Mamy więc następny powód społecznej frustracji i wytłumaczenie faktu, dlaczego frekwencja wyborcza w tej grupie jest jeszcze niższa niż przeciętna w kraju.

Wybory polityczne tych, którzy jednak głosują, zależą głównie od ich sytuacji zawodowej. Zdaniem prof. Jerzego Bartkowskiego z Zakładu Socjologii Polityki UW, sam fakt posiadania pracy, jak i zajmowane stanowisko działa jako gwarant bezpieczeństwa socjalnego.

Obsuwanie się w dół drabiny społecznej pociąga wzrost poparcia dla ugrupowań populistycznych i przejawiających sceptycyzm wobec integracji europejskiej. Polscy robotnicy poczuli się pewniej podczas ostatniego okresu koniunktury, gdy wzrosła ich pozycja na rynku. Wraz z kryzysem powrócił strach z lat 90. O rodzinę, o miejsce pracy, o zarobki. Ten strach ma swój wymiar polityczny.

W najświeższym badaniu CBOS poparcie dla Platformy Obywatelskiej deklaruje już tylko 24 proc. robotników wykwalifikowanych i zaledwie 5 proc. niewykwalifikowanych. Na Prawo i Sprawiedliwość głosowałoby zaledwie 13 proc. robotników wykwalifikowanych i aż 35 proc. niewykwalifikowanych. Ruch Palikota zdaje się zdobywać sympatie tych, którzy w poprzednich wyborach skłonni byli zawierzyć Samoobronie (bo jeszcze nie rządziła). Palikota popiera 10 proc. robotników wykwalifikowanych i 19 proc. bez kwalifikacji zawodowych. Zdumiewa, że robotnicy 2012 bardziej skłonni są głosować na PSL (chłopską partię popiera 11 proc. wykwalifikowanych i 5 proc. bez kwalifikacji) niż na lewicę. Akceptacja dla SLD jest wśród klasy robotniczej nikła, Sojusz może liczyć na głosy zaledwie 8 proc. wykwalifikowanych i 7 proc. niewykwalifikowanych.

Wydaje się, że wraz z rosnącym poczuciem braku stabilizacji ekonomicznej, strachem o utratę pracy i niemożnością sprostania coraz wyższym wymaganiom pracodawców na coraz większe poparcie liczyć może zarówno Janusz Palikot, deklarujący lewicowość, jak i Jarosław Kaczyński, nazywający swoją partię „prawicową”. Na pewno nie SLD. To kolejny dowód na to, że klasa robotnicza przestała istnieć, a robotników nie łączy już w ich świadomości żadna wspólnota interesów.

Według prof. Gardawskiego obecne społeczeństwo już nie chce dzielić się na klasy. Stosunek do środków produkcji przestał mieć dla nas znaczenie. Dzielimy się na „biednych i bogatych, uczciwych i nieuczciwych czy też na rządzących i resztę społeczeństwa”. Kto więc 1 maja gotów byłby jeszcze zareagować na hasło „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”? – Chyba już tylko młodzież z „Krytyki Politycznej” – uważa prof. Gardawski.

Polityka 17-18.2012 (2856) z dnia 25.04.2012; Rynek; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Robotnicy 2012"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną