Książki

Fragment książki: „Tajemnica pani Ming”

materiały prasowe
Znajdowaliśmy się w prowincji Guangdong, a pani Ming siedziała niczym na tronie na swoim trójnożnym stołku w suterenie Grand Hotelu, wśród białych ceramicznych płytek i oślepiających neonów, w tej pachnącej jaśminem toalecie, w której pełniła funkcję babci klozetowej.

Chiny są nie tyle krajem, ile tajemnicą.

Pani Ming, kobieta o przenikliwym spojrzeniu, uczesana w kok o jedwabistym połysku, siedząca sztywno na taborecie, tak mnie zagadnęła pewnego dnia, mnie, przejezdnego Europejczyka:
– Rodzimy się braćmi, lecz pod wpływem wychowania stajemy się różni.

Miała rację… Chociaż wciąż je przemierzałem, Chiny mi umykały. Podczas każdej mojej kolejnej podróży ich terytorium wydawało się większe, ich historia się ulatniała, a ja traciłem orientację i nie umiałem jej odzyskać. Mimo że robiłem postępy w nauce kantońskiego, dużo czytałem i nawiązywałem coraz więcej kontaktów handlowych z ich mieszkańcami, w miarę jak posuwałem się naprzód, Chiny cofały się przede mną, niczym horyzont.
– Zamiast narzekać na ciemność, lepiej zaświecić światło – oświadczyła pani Ming.

Ale jak? Kogo wybrać, by zgłębić tajemnicę tego zagadkowego lądu? Jaką zdobycz złowić? Przecież Chiny miały tylu obywateli co Morze Śródziemne ryb.
– Na naszej planecie żyje miliard Chińczyków i pięć miliardów cudzoziemców – mruknęła pani Ming, cerując pończochy.

Słuchając audycji z pamiętającego czasy Mao ciemnobrązowego plastikowego radia, które przyprawiało głosy o katar i ślinotok, pani Ming powtarzała słowa rządowego dziennikarza, mistrza statystyk i dupolistwa. „Miliard Chińczyków”. Wtedy nie umiałbym powiedzieć, co ją wprawiło w zakłopotanie: czy to, że jest tak wielu Chińczyków, czy że tak niewielu…

Owa dama, wywodząca się z narodu arytmetyków, który wynalazł niegdyś kalkulator kieszonkowy, potrafiła niesamowicie żonglować cyframi. Na pierwszy rzut oka niewiele się różniła od innych pięćdziesięciolatek, ale, jak wiadomo, na pierwszy rzut oka nic nie widać.

Pani Ming miała okrągłą głowę, czerwoną twarz z wyraźnymi zmarszczkami, zęby drobne niczym pestki słonecznika i przywodziła na myśl dojrzałe, o ile nie przejrzałe, jabłko, owoc dobry, zdrowy, smaczny i jeszcze niewysuszony. Jej szczupłe ciało przypominało giętką gałąź. Gdy już się odezwała, okazywało się, że jest bardziej kwaśna niż słodka, bo zasypywała swoich rozmówców uszczypliwymi uwagami, które dawały do myślenia.

Znajdowaliśmy się w prowincji Guangdong, a pani Ming siedziała niczym na tronie na swoim trójnożnym stołku w suterenie Grand Hotelu, wśród białych ceramicznych płytek i oślepiających neonów, w tej pachnącej jaśminem toalecie, w której pełniła funkcję babci klozetowej. Pani Ming przywróciła godność tej profesji, która wśród malkontentów uchodzi za upokarzającą: była królową wszechświata. Podczas organizowanych codziennie piętro wyżej kongresów i seminariów przybywałeś do niej biegiem. Znalazłszy się przed nią, zwalniałeś, dreptałeś w miejscu i nieruchomiałeś.

Jej niemy majestat onieśmielał. Pochylałeś się, patrząc błagalnym wzrokiem, i żebrałeś o pozwolenie wstępu do jej królestwa. Dokładnie w tym momencie ona mierzyła cię wzrokiem od stóp do głów, sprawiając wrażenie, jakby zgłębiała, co dzieje się w twoich oponach mózgowych i w twoich trzewiach. „Nie warto nic mówić, dobrze wiem, z kim mam do czynienia”. W jej szarych źrenicach nie odczytywałeś osądu, tylko wyrozumiałość. Więcej: rozgrzeszenie. Niezależnie od tego, czy byłeś robotnikiem, inżynierem, szefem sprzedaży czy dyrektorem naczelnym, ona dostrzegała twoją niedolę i przygarniała cię, widząc w tobie dawnego smarkacza domagającego się wysadzenia na nocnik, żałosną cielesną istotę, która chce złagodzić napięcie materii. Z Chin Mao pani Ming zachowała egalitaryzm, a z Chin Konfucjusza humanizm.

Tak więc pani Ming opiekowała się męską ubikacją w Grand Hotelu w Yunhai. Ta funkcja napawała ją dumą, a równocześnie dowodziła, że jej się poszczęściło. Szorowanie damskiej wygódki znajdującej się na końcu korytarza byłoby poniżające w kraju, który ceni tylko chłopców. Tam byłaby służącą, tu była królową, bo faceci defilowali przed nią tysiącami, kłaniali się jej i czekali, aż łaskawie udzieli im prawa do zaznania ulgi. Gdy mijało się drzwi ozdobione namalowaną sukienką, słyszało się chichoty i trajkotanie brunetek poprawiających makijaż.

Za to za drzwiami oznaczonymi parą spodni – nic z tych rzeczy. Żadnej wymiany zdań, żadnego spoufalania się czy zerkania na innych osobników, najwyżej kilka westchnień. Pisuary w tej publicznej toalecie roztaczały wokół siebie aurę uniżonej godności, fatalistycznej uległości, solidarności żołnierzy posłusznych prawom natury. Czyżby sprawiała to obecność surowej pani Ming? Ten przybytek zmieniał się w laboratorium metafizycznego i moralnego eksperymentowania, gdzie każdy śmiertelnik wyzbywał się złudzeń co do własnej potęgi. Ale dlaczego, zarzucicie mi, katuję was tymi szczegółami?

Pozwólcie, że wam wyjaśnię. Interesy mojej firmy zaprowadziły mnie na południe Chin. W lipcu kupowałem tam zabawki, które podczas najbliższych świąt Bożego Narodzenia będą zachwycały nasze maluchy. Zamawiałem również inne zabawki, w jeszcze większej ilości, przeznaczone dla chińskich dzieci. Lalki i laleczki, samochodziki, samoloty, wszystkie te plastikowe wyroby były produkowane za bezcen w prowincji Guangdong, a następnie ekspediowane do Francji, gdzie nasi styliści i nasi pracownicy konfekcjonowali je przed odesłaniem pewnej ich części do Chin.

Podróż tam i z powrotem na statkach handlowych w ogóle nie miała wpływu na marże. Europejczycy i Amerykanie chętnie stosowali ten system i dlatego marki zachodnie zdominowały chiński rynek, chociaż tylko dzięki artykułom wytwarzanym na miejscu. Z racji mojego talentu do języków – mówiłem już siedmioma – przełożeni wysyłali mnie do Azji, licząc, że szybko porzucę sztywną angielszczyznę używaną w interesach i zacznę prowadzić rozmowy po mandaryńsku. Nie mylili się w swoich kalkulacjach poza jedną rzeczą: niezależnie od mandaryńskiego, musiałem sobie radzić po kantońsku, bo tym językiem mówiono w Guangdongu, gdzie fabryki zabawek wyrastały jak grzyby po deszczu.

Trzeba przyznać, że miasteczko Yunhai, w którym natknąłem się na panią Ming, niesamowicie odmłodniało: z małej mieściny błyskawicznie zmieniło się w dwumilionowe miasto. Ten proces sprawił, że było nieco zszokowane, spłoszone i zagubione. Domki zostały zastąpione blokami, zaułki arteriami, a maleńki sklepik spożywczy pana Yibulaxina, jeszcze niedawno zapchany towarem jak pudełko szpilek, zniknął z powierzchni ziemi za sprawą czterech supermarketów wyposażonych w chłodnie. Wiejskie okolice miasta schowały się pod sześciopasmową obwodnicą, przy której dogorywały ostatnie jeże. Zbyt nowe, wzniesione w pośpiechu budowle, pozbawione patyny, tego brudu i śladów zniszczenia decydujących o uroku, który roztaczają wokół siebie stare domostwa, sprawiały wrażenie, jakby ich monotonne fasady zrobiono z otynkowanej tektury. Gdzie było kiedyś centrum Yunhai? Zgodnie z nieubłaganą racjonalnością ulice krzyżowały się z bulwarami, bulwary z alejami, a aleje z autostradą. Ogromne ronda, niedostępne z powodu ruchu samochodowego, zdawały się mówić: „Proszę przejeżdżać, nie ma tu nic do oglądania”.

*

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Znak literanova.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną