Byliśmy w unii z wami i z Litwą. Bohdan Chmielnicki [w ramach ugody perejasławskiej z 1654 r.] wyprowadził nas z niej i oddał pod władzę carowi. Teraz widzimy, jak wielka to była pomyłka: Polska i Litwa są w Unii Europejskiej, a Rosja napada na nas” – mówił czołowy kompozytor ukraiński Wałentyn Sylwestrow w Filharmonii Narodowej przed prawykonaniem swojego nowego „Psalmu” na chór (powstałego na zamówienie Instytutu Adama Mickiewicza).
W istocie, właśnie owa ugoda to początek dramatu. Rosja, od tamtego czasu do dziś, uznaje Ukrainę za swoją część, a wszelkie oznaki niezależności, w tym kulturę, stara się dławić w zarodku. Dlatego właśnie niepodległość Ukrainy jest dla Putina nie do zniesienia. A z drugiej strony z tego samego powodu wynika dzisiejsza alergia Ukraińców na kulturę rosyjską.
Yaroslav Shemet, ukraiński dyrygent po studiach w Poznaniu, dyrektor artystyczny Filharmonii Śląskiej (najmłodszy w Polsce – ma 26 lat), ostatnio włącza do programów koncertowych dzieła ze swojej ojczyzny: – Europa Zachodnia nie znała kompozytorów ukraińskich nie dlatego, że ich muzyka nie jest wartościowa. Oni po prostu nie mieli szansy się przebić. Teraz w końcu możemy pokazać światu naszą piękną kulturę, szkoda tylko, że aby to było możliwe, musiało się wydarzyć to, co się wydarzyło.
Drenaż talentów
Kierunek wschodni, w którym zwrócił się Chmielnicki, nie był dobry również dla muzyki: ten sam car Aleksy I, któremu hetman oddał się pod opiekę, wydał zakaz używania instrumentów muzycznych, m.in. nakazując spalenie lutni jako diabelskich instrumentów na stosie na placu Czerwonym. Jednak pozostał śpiew w cerkwi prawosławnej, a jego tradycję (tzw. śpiewu partesnego, czyli wielogłosowego) stworzyli muzycy z Ukrainy.