Rok po
Rok po szoku z 15 października. Sprzątanie bałaganu po PiS miało być prostsze. Co się udało, a co nie?
W sumie było wiadomo, że posprzątanie bałaganu po rządach PiS będzie wyzwaniem skrajnie trudnym, wymagającym wieloletniej pracy w ogólnie niesprzyjających niemal pod każdym względem realiach. Na każdym właściwie obszarze: ustroju, instytucji, gospodarki i finansów państwa, relacji międzynarodowych, wreszcie publicznej moralności. Samo odsunięcie PiS od władzy miało stanowić jedynie początek drogi, a nie jej kres. Ale wieczorem 15 października w obozie demokratycznym zapanował stan euforii i trwał przez wiele tygodni. Logika polityczna całkiem już wtedy ustąpiła miejsca moralnej; oto dobrzy ludzie pokonali wreszcie złych ludzi. I odtąd może być tylko z górki, „szczęśliwej Polski już czas”.
Strona demokratyczna zawsze miała jednak problem z zarządzaniem oczekiwaniami, a im bardziej stają się one wygórowane, tym głębsze są później rozczarowania. Niestety okresy liryczne nigdy nie trwają w polityce długo i nie warto się do nich zanadto przyzwyczajać, mając w tyle głowy nieuchronne przejście z poezji na język prozy. Coś takiego nam się właśnie przytrafiło po wyborach 15 października.
Czas wielkich słów
Nastrój tamtego października był jednak przemożny. Chyba najlepiej ilustrowało go wystąpienie Donalda Tuska podczas Marszu Miliona Serc, który przeszedł ulicami Warszawy dwa tygodnie przed wyborami. Przyszły premier wcielił się wtedy w wieszcza, który mobilizuje naród do kolejnego w naszych dziejach wielkiego zrywu. Na miarę przywołanego dziedzictwa pierwszej Solidarności z lat 1980–81, kiedy zrealizowało się „odnowienie narodu”. I teraz też zapowiadał rychłe nadejście „przełomowego momentu w życiu Ojczyzny”, „wielkiego polskiego odrodzenia”. Obiecując, że ponownie zatriumfują „dobro, prawda, uczciwość, wolność, sprawiedliwość”.