Albo tuż przed wyborami prezydenckimi, albo krótko po nich – tu wersje naszych rozmówców się rozbiegają – Zbigniew Ziobro poprosił Jarosława Kaczyńskiego o zgodę na fuzję Solidarnej Polski z PiS. I znów, bo nie była to pierwsza taka rozmowa, usłyszał „nie”. Powód wydaje się oczywisty. Ziobro jest dziś liderem niewielkiej, słabej finansowo i organizacyjnie partii, która do Sejmu z list PiS wprowadziła 19 posłów – niecałe 10 proc. zasobów parlamentarnych PiS. Minister sprawiedliwości jest rzecz jasna potężnym politykiem, ale w końcowym rozrachunku pozostaje przystawką najważniejszego prezesa.
Ale gdyby wszedł do PiS, sytuacja byłaby inna – Ziobro, z funkcją wiceprezesa partii, z miejsca stałby się jednym z najważniejszych pretendentów do sukcesji po starszym od niego o 21 lat Kaczyńskim. Z 19 posłów rychło zrobiłoby się parudziesięciu, orientujących się na Ziobrę i w nim upatrujących przyszłego lidera prawicy.
Ta odmowa Kaczyńskiego jest praźródłem obecnego, coraz wyraźniejszego rozdźwięku między większym a mniejszym koalicjantem. To jest kontekst, który ułatwia zrozumienie tego, co się działo w ciągu ostatnich tygodni, gdy ziobryści na każdym kroku podkreślali, że są bardziej ideową, mniej technokratyczną i lepiej rozumiejącą potrzeby prawicowych wyborców częścią obozu władzy. Walka z LGBT, konwencja stambulska, prześwietlanie finansów organizacji pozarządowych, wojna z „lewactwem” na uczelniach, sprzeciw wobec polityki klimatycznej UE i powiązaniu unijnych funduszy z praworządnością, gospodarka odpadami – wszędzie tam partia Ziobry pokazywała się jako twarda prawica, taki PiS na sterydach i dopalaczach.
Tak jakby ziobryści uznali, że Kaczyński oddał PiS Mateuszowi Morawieckiemu, że przegrali wojnę z premierem.