Demokracja to idea i ustrój pełen paradoksów, a kluczowy wśród nich dotyczy wizji obywatela. W demokracji – ustroju równości obywatelskiej – ich preferencje w rozmaitych sprawach powinny przekładać się na racjonalną wolę polityczną, a w konsekwencji na odpowiednie decyzje w sferze publicznej. Demokracji towarzyszy trochę naiwne założenie, że obywatel o skomplikowanej rzeczywistości cokolwiek wie. Problem w tym, co pokazują liczne międzynarodowe badania, że przeciętny obywatel niewiele wie w stosunku do tego, co należałoby wiedzieć, by prowadzić sensowną politykę we współczesnym świecie. Jego niewiedza nie jest zatem statystyczną osobliwością, lecz normą.
Dane naukowych dociekań pozwalają właściwie tylko na mniej więcej taką klasyfikację obywateli: „totalny ignorant”, „porażający ignorant”, „ogromny ignorant” i po prostu „ignorant”, no i te 2–3 proc., które potrafi cokolwiek logicznie uporządkować. To iż większość potrafi niekiedy odpowiedzieć prawidłowo na pytania o jeden wyrwany z całości fakt, nie zmienia tego stanu rzeczy. Demokracja ma zatem wpisaną nieusuwalną wadę polegającą na tym, iż ignoranci – pośrednio, ale jednak – są decydentami w najważniejszych sprawach.
Wielkie wyzwanie brzmi zatem: jak na podstawie zbiorowych decyzji ignorantów podejmować racjonalne decyzje. Historycznie patrząc, demokratyczna część ludzkości wymyślała różne instytucje mające, powiedzmy, poprawiać owe decyzje – amerykański Electoral College czy izby wyższe parlamentów powstające w dobie otwierania się demokracji na szerokie masy – to przykłady niewiary w mądrość zbiorową ludu.
Ale jest też tradycja Anthony’ego Downsa zakładającego, że przeciętny wyborca ani nie może, ani nie musi rozumieć zawiłości współczesnej polityki, a zamiast szczegółów powinny mu wystarczyć ideologiczne uproszczenia i ogólne wskazówki dotyczące tego, co w polityce warto wspierać.