Diagnoza, że szefowie PiS i PO despotycznie rządzą swoimi partiami, ma dziś status oczywistości. Jednak fakt ten opisywany jest najczęściej w kategoriach psychologicznych jako wyraz charakterologicznych potrzeb Kaczyńskiego i Tuska. Zapewne jest w tym jakaś prawda, Kaczyński zawsze był despotyczny, zaś Tusk po porażce w 2005 r. przeszedł przemianę, która uczyniła brutalność dominantą jego charakteru.
Jednak wodzostwo w polskiej polityce pojawiło się nie wskutek psychologicznych okoliczności, ale jako polityczna konieczność. Jako odpowiedź na solidarnościową anarchię lat 90., na upokorzenie utratą władzy na rzecz postkomunistów, na wstyd z powodu prawicowej kultury politycznej, której symbolem stał się konwent św. Katarzyny. Kaczyński i Tusk zbudowali dokładnie takie partie, jakich cała polska prawica przez lata pragnęła. Partie zdyscyplinowane, dające prawicy stabilną władzę.
Cofnijmy się do początku lat 90., kiedy co drugi były działacz opozycyjny czuł się narodowym liderem i zakładał własną partię. W Sejmie pierwszej kadencji, wybranym w 1991 r., znalazło się ponad 30 partii. To były czasy, gdy swoją liberalną partię miał Tusk, swoją miał Mazowiecki, a jeszcze inną miał Korwin-Mikke, solidarnościowi chłopi partii mieli dwie, a chadecy trzy. Antykomunizm był tak różnorodny, że jeden nurt reprezentował Kaczyński, drugi Olszewski, trzeci Parys, a czwarty Macierewicz. Wszystkie te partie nie tylko się zaciekle zwalczały, ale też nieustannie rozpadały, dzieląc na coraz mniejsze. Nawet drobna różnica poglądów była powodem do rozłamu. To była epoka, w której rząd Olszewskiego, oparty na pięciu partiach, nadal był mniejszościowy i negocjował poparcie z tzw. koalicją trzech, bo dopiero wsparcie ośmiu formacji dawało stabilną większość.
Rzeź założycielska
Dwa lata później całe to pospolite ruszenie poszło do wyborów oddzielnie, nic dziwnego, że większość głosów została zmarnowana, a SLD i PSL, mając zaledwie 35 proc.